SMART life

Co robię na macierzyńskim? Chodzę na randki! Bez męża.

05/11/2018

na-macierzynskim

I to nie o pieluchach, skokach rozwojowych i bezpieczniejszych zamiennikach Panadolu dla dzieci. W ciągu minionego roku na macierzyńskim, spędzonego “siedząc w domu i nic nie robiąc”, zgarnęłam do swojego mózgu solidną dawkę wiedzy. Tak, śmiem twierdzić, że większą niż podczas mojego dotychczasowego, kilkunastoletniego (rany, ależ to brzmi!) życia zawodowego. Jak? Też chcesz spróbować?

Na macierzyńskim

Muszę wam się przyznać, że w moim przypadku to najpierw był pomysł pisania bloga, a potem dopiero cała znajomość blogosfery i załapania niuansów “z czym to się je”. Bo zanim zaczęłam pisać TABAyKĘ, mało znałam, i jeszcze mniej czytałam innych twórców internetowych. A skąd pomysł na własne pisanie bloga? Stąd, że moja głowa już kipiała od braku nowej wiedzy! A moje neurony o wyraźnych wskazaniach ku adhd chciały… coś więcej! Musiałam poczuć, że “pracuję” inaczej niż odliczając czas od zmiany pieluchy, od ostatniego karmienia, od zrzędzenia po kolejnej bezsennej nocy. I bardzo chciałam poznawać nowych ludzi!

A przecież wszystko to przeczyło się totalnie z tak zwanym “byciem na urlopie macierzyńskim”. I to właśnie na złość temu, co o urlopie macierzyńskim mówią i piszą, to właśnie na nim udaje mi się uczyć zdecydowanie więcej niż podczas naprawdę już długiego (ja Wam mówiłam, że jestem stara 😉  stażu zawodowego. To właśnie teraz rozwijam się bardziej niż na niejednej konferencji firmowej i poznaję więcej ciekawych ludzi niż na najbardziej odjechanych wakacjach.

Jak to jest z tym blogowaniem?

Często piszecie do mnie, jak to się stało, że udało mi się odnieść sukces z blogiem. Cieszą mnie takie wiadomości, bo ja nie zawsze widzę siebie w barwach sukcesu. Ale rzeczywiście, zamiatając na chwilę skromność pod dywan: moja tylko półtoraroczna praca nad blogiem ma się całkiem nieźle wobec kilkunastotysięcznych zasięgów. Co więcej, są to zasięgi zbudowane wokół grupy odbiorczej taką, jaką sobie życzyłam (bez wydawania fortuny na reklamę): bez hejtu, życzliwą i jakże zaangażowaną! I to chyba faktycznie mogę nazwać swoje działania sukcesem.

I wiem, że jest grono osób twierdzących, że wpis na bloga pisze się gdzieś pewnie podczas robienia kupy albo żując twardy chleb na śniadanie. To nie będzie wpis o tym, że tak nie jest. Niewierni niech uwierzą na słowo. Ten wpis ma za zadanie klarownie przedstawić, jak wygląda ta moja blogowa bayka za kulisami. A co chcę, byś zobaczyła za nie zaglądając? Najpierw rzeczywistość, w której często bajki brak. Bo oprócz pasji tworzenia i przyjemności interakcji z ludźmi, jest żmudna praca wymagająca dużo nauki i czasu. I niedająca kasy. Przynajmniej na wstępie. Fakt, bywa mi trudno, bo  wszystko robię samodzielnie. Ale są co najmniej dwie osoby, które tą pracę mi bardzo ułatwiają. I chcę także Ci je przedstawić, bo dostęp do ich wiedzy jest jak domowe wi-fi: limitless!

Z kim chodzę na randki? Zamiast męża.

Zawsze wiedziałam, że NIE chcę być 15232 blogiem parentingowym. Właściwie to nawet dokładnie nie wiem, ile ich jest. Ale znam faceta, który wie. I który wie jeszcze dużo dużo więcej, jak taki blog stworzyć. Często chodzę z nim na randki. I nie jest to mój mąż.

Jason Hunt – facet, który pierwszy w branży blogerskiej uwierzył w to, co robię. Bo zaraz po odpaleniu rakiety mojego bloga, zanim jeszcze zdążyłam opuścić atmosferę, zadzwoniłam do niego na konsultacje w ramach akcji #huntmyblog i ku wielkiemu zdziwieniu nie usłyszałam żadnej zrypki. Wręcz przeciwnie. Były pochwały i był mocny kopas w dupas: na księżyc. Aby działać dalej. No to poszłam. Za ciosem. Wbrew wszystkim twierdzącym, że to się nie uda, przecież “masz dziecko”. W powodzenie wyprawy Neila Armstronga też nikt nie wierzył. Pierwszy mój mały krok – kupiłam kurs o blogowaniu u Tomka. Wiecie, jestem z Krakowa, dlatego lubię wiedzieć na co wydaję pieniądze. Z pieniędzy wydanych na kurs Tomka nie żałuję ani złotówki. To był duży krok dla mojej TABAyKi.

Co to znaczy mądrego?

Bo ja byłam totalne nemo w dziedzinie social mediów. W dodatku, bez żadnych studiów dziennikarskich ani nawet im podobnych, niewiedząca, co to jest jakieś “UU” i im podobne skróty w aplikacjach od statystyk, o których mi się nawet nie śniło. I wreszcie podreptałam za rączkę za kimś, kto po kolei otwierał mi tajniki mądrego blogowania. Co to znaczy mądrego? Innego od tego, który już istnieje. To właśnie Tomkowi zawdzięczacie, że na moim blogu nie ma testu wózków, esejów o pieluszkowym zapaleniu mózgu, ani gównoburzy na temat szczepionek. To on dał mi zielone światło na to, by mój blog był opowieścią, wokół której buduję taką społeczność, jaką chcę, a nie taką, jaka się napatoczy przez chamskie, kłamliwe tytuły. To dzięki niemu wysyłam do was raz w miesiącu pandowy newsletter i raz w tygodniu maila z automatu z zebranymi najnowszymi wpisami na blogu. No dobra, na kilka randek przy kompie musiałam zabrać też męża, który tak naprawdę mi ten newsletter technicznie postawił.

To kurs u Tomka nauczył mnie, jak zatrudnić za darmo pracownika-bota, który fejsbukowym messengerem puka do Was, jak tylko coś nowego pojawi się na blogu. No i najważniejsze: to Tomek odważył mnie, żeby występować przed wami w wersji live, w skrawkach mojej codzienności, którą pokazuję na InstaStories albo w każdy piątek przed południem, do kawy, w naszej fantastycznej, tajnej grupie życzliwych sobie kobiet. 

Jak mieć pomysł na siebie i wyróżnić się w Internecie?

Na samym kursie się nasze spotkania nie skończyły. Bo to na dalszych randkach z Tomkiem, czyli na wszelkich najczęściej już bezpłatnych, systematycznych webinarach dowiaduję się np. jak pisać przy dwójce dzieci: np. dyktując wam głosowo teraz ten wpis. Albo pobieram za darmo o ebook o instagramie, który realnie rzecz ujmując uczy mnie dużo więcej niż te wypuszczane przez internetowe sławy za miliony monet.

A wiecie, co w randkach z Tomkiem podoba mi się najbardziej? Po pierwsze, że mąż nie jest wcale zazdrosny. Powinnam się martwić? 🙂 A po drugie, że jest po męsku: bez lania wody, bez naiwnej kokieterii, bez beznadziejnych wstępów rodem “Siema kochani, skąd klikacie…” itd. Pełen konkret.

Czemu wam piszę Wam o Tomku i o wiedzy, jaką można od niego zdobyć? Bo wiem, że w domu siedzi sporo młodych mam, które pewnego dnia, tak jak ja może biorą prysznic i zmęczone codziennością myślą, co by mogły z tym swoim poza pieluchowo-dzieciowym życiem zrobić? Przecież niekoniecznie musi to być blog. Zatem być może absolutnie darmowy webinar, który na jutro (wtorek, 06.11 o 20:00) szykuje Tomek o tytule “Jak mieć pomysł na siebie i wyróżnić się w internecie?” pomoże Wam podjąć jakieś decyzje, zainspiruje albo przynajmniej czegoś nowego nauczy. Oczywiście jest on dla tych, co nie tylko na macierzyńskim 🙂

Z kim chodzę na kawę?

Drugim punktem zaczepienia, który chwytam w moim ogromie niewiedzy na temat marketingu internetowego i szerokopojętego biznesu online jest Pani Swojego Czasu. Ola Budzyńska – “kobieta-petarda”; kobieta z mojego Krakowa; kobieta, której naprawdę poza-biznesowo i poza-wiedzowo wiele zawdzięczam i która pewnie nie ma o mnie zielonego pojęcia. Fakt, z zarządzaniem czasem jako tako daję sobie radę: niech ten przydługi wpis i wszystko, co wraz z nim tworzę dziś w ciągu wygospodarowanej półtorej godziny przy biurku będzie na to dowodem.

To od Oli czerpię mnóstwo inspiracji biznesowych. Jednego ebooka już mam, na kolejnego z niecierpliwością czekam i wierzę, że weganka, która w swoich radach podaje samo mięso w wersji saute (bez zbędnej panierki i fałszujących smak przypraw) odważy mnie do kolejnego ważnego zawodowego kroku związanego z blogiem! I mimo, że jeszcze nie sprzedaję materialnie żadnego produktu, to już odpowiedziała na mnóstwo moich plączących się w małej głowie pytań.

Póki co… jestem na macierzyńskim 😉

Od Oli wiem, jak promować swoją markę z klasą, nienachalnie, na moich warunkach. Dzięki niej, czytacie (a co, napiszę tak!) jedyny taki blog o rodzicielstwie emocji, który nie stanie się nigdy słupem ogłoszeniowym pełnym reklam. Mam w głowie pomysł, który pomału, po swojemu chcę realizować i na bieżąco, szczerze o nim chcę Was informować. Ale póki co… jestem na macierzyńskim 😉

I nawet jak jeszcze nie znałam Oli ebooków, to jej live’y #kawazbudzynska, podcasty i webinary były dla mnie darmową posiadówą na kozetce najlepszego coacha ever. Bo gdy inni podcinają mi skrzydła albo sama mam dzień, gdy podkulam ogon, to Ola mi te skrzydła i ogony rozwija.

I niczym Ikar frunę zapiskami nowych olśnień w swoim kajecie, zasuwam z mailami do potencjalnych biznes partnerów, lecę z pobudkami do męża w środku nocy, by opowiedzieć nowy pomysł. Lubię ten lot. Byle nie do słońca.

na-macierzynskim