LOVE life

Zapraszam Cię do mojego domu!

Zapraszam Was do mojego domu

Ponoć najgorzej jest zacząć. Spocone ręce, trzęsące się troszkę nogi, niepewny krok i jakże nadzwyczajnie wysoki ten malutki stopień, po którym wspinasz się odwagą alpinisty na scenę. Próba mikrofonu. Raz-raz-raz… A przede mną otchłań wyłaniających się słuchaczy, gapiów, VIP-ów i innej maści krytycznych głów… Akcja!

Ale zaraz, zaraz. Akcja: „stop!”. Wróć. Przewiń. Przecież od tyłu podglądając, nie ma żadnych gapiów, nie ma mikrofonu, sceny, ani nawet kawałka alpejskiego pochylenia, w który mogłabym wbić swoje wyimaginowane raki. Jest przytulny dla stopy i optymistyczny dla oka dywan. Są nowe, pozbawione już zimowych futerek wszelkich kapcie. Jest ciepłe światło nowoczesnej lampy. Zapach pomarańczowego smoothie. Tuż obok twarze kochane. A gdy zamykam oczy? Przede mną zamiast otchłani, całkiem zgrana (liczna?) grupka sympatycznych, znajomych mi stąd i zowąd twarzy o zaciekawionych oczach i uśmiechniętych licach. Tak, o Was mowa! Bo jeśli weszliście na mojego świeżutkiego bloga, by odkryć ten historyczny – bo pierwszy wpis – musicie być fajni! A fajnych ludzi nie ciągam pod okablowane sprzętem, onieśmielające sceny. Zapraszam Was zatem tam, gdzie czuję się najlepiej, gdzie poznać mnie najprawdziwiej, gdzie wszędzie mnie pełno… Na Tabaykowe dzień dobry zapraszam Was do mojego domu!

W progu

Rozgośćcie się. Nie ściągajcie butów. Podajcie płaszcze. Powieszę je w nieustannie za małej szafie pełnej nieużywanych parasolek i kurtek. Oprowadzę Was. No to jesteśmy w przedpokoju. Malutkim. Jedyne co zawiesi Wasz wzrok to obrazek z napisem: „Z gębą jak cmentarz świata nie zbawisz”. Tak, to jedyny napis jaki pojawia się na ścianach mojego domu. Autor: o. Leon Knabit. I tak na wstępie poznajecie całą kwintesencję mojego here I am od dawien dawna po dziś dzień, które inni zazwyczaj podsumowują: „bo Ty zawsze taka optymistka jesteś…”, „uśmiechnięta”, pogodna”, „ze wszystkiego potrafisz wyjść obronną ręką”. Nie raz pomyślałam sobie sama, że chyba to takie trochę dziecinne i niepoważne podejście – ciągle się uśmiechać, pocieszać innych, widzieć szklankę do połowy pełną, nawet wtedy gdy jej dno wyschło na wiór i woła o kroplę łzy tłumacząc mi, że cała reszta to fatamorgana. Wymyśliłam sobie już jako dziewczynka, potem nastolatka, aż wreszcie „dojrzała kobieta po 30”, że już nie wypada się tak ciągle oszukiwać noszeniem różowych okularów, szczerzyć uzębienie do wszystkich i z prawie wszystkiego; że dzisiejszy świat lubi i czeka, aby zgrywać ważniarę. Hm… totalny niewypał za każdym razem. Moja „gęba jak cmentarz” nie działa, czyli nie jest moja, jest udawana, czyli jej nie lubię, czyli ją odwieszam prawie zawsze i prawie wszędzie na najgłębszy wieszak mojej szafy jak wchodzę i jak wychodzę z domu. I taką mnie tu znajdziecie: chodzącą afirmację tego, że jest dobrze. Nawet wtedy, kiedy jest dobrze nie do końca. Wówczas szukam… fatamorgany!

To ja Was oprowadzę…

Wchodźcie dalej. Jesteśmy w gabinecie. W zależności od potrzeb, stanu bałaganu lub poziomu inwencji własnej jest także suszarnią, siłownią, prasowalnią i pokojem gościnnym. Jedno, co się w nim nigdy nie zmienia to centralnie postawione biurko i mnóstwo szuflad w różnorakich komodach, regałach i słupkach wokół. A w nich? Tony papieru i miliony moich nabazgranych, malutkich literek tworzących zdania sprzed lat, dawnych lat, jeszcze z czasów, gdy pisało się tylko analogowo. Gdzieś tam jest zeszyt z moją autorską wersją bajki „Dziewczynki z zapałkami”, przy której popłakała się moja mama, plotąc mi warkocze przed wyjściem do… podstawówki. Gdzieś tam są zeszyty wielkie, wyklejone wydzieranką z gazet, wypełnione własnoręcznie odtworzonym streszczeniem każdego odcinka „Beverly Hills 90210”. Pamięta to ktoś jeszcze? Po co mi to było tworzyć kiedyś? Hmm… Sama sobie dziś zadaję to pytanie. Gdzieś tam są także stosy kancelaryjnych papierów licealnych wypracowań, które tworzyły się całe soboty i cztery strony A4 zawsze okazywało się za mało, by mnie pomieścić. No może oprócz etapu przerabiania „Chłopów” Reymonta… Nad nimi wtórują pokreślone francuskie wygibasy studenckich rozprawek, które to uczyły pisać, gdy język wciąż się plątał w zeznaniach ça va czy nie ça va. Na samym wierzchu znajdziecie także stosik wizytówek z moich dwóch firm. Tam też pisałam, ale już nie marnując papieru, a wycierając alfabet QWERTY, co kończyło się na każdym podsumowaniu rozmowy z szefem: „Ania, pisz krótsze maile”.

Pokój obok to sypialnia. Jest pachnąca małżeńskimi feromonami pościel. Jest pachnące bobasowym kremem łóżeczko. Jest ukochany fotel, który postanowiłam lat temu naście poturlać w kartonie po śniegu ze szwedzkiego marketu i przeżył. Jest piramida pudełek. A w nich? Woreczek, którym rzucałam się w podwórkowej bitwie wodnej. Nitka z kapslami, które strzegły wejścia do sekretnego szałasu zbudowanego z osiedlową bandą przyjaciół niczym Dzieci z Bullerbyn. Medal namalowany na kartce za zwycięstwo w fikołkach na trzepaku podczas zawodów, które organizowałam na osiedlowej łące podczas szkolnych wakacji, które zawsze w pewnym momencie stawały się za długie. Jest też ususzony kwiatek od licealnej „największej miłości życia”… trwającej jakieś tygodni dwa. Jest także osobne pudełko pełne aniołów – podczas każdej podróży dalekiej lub bliższej szukam wytrwale i przywożę jednego – choćby w islamskie wzory. Jest też pudło zdjęć, coraz bardziej się niedomykające, bo chcąc namacać sobie każdą ważną chwilę – przy wrodzonym ADHD diagnozy własnej – to zbiór ciągle nieskończony i o cechach mocno kalejdoskopowych.

Przejdziemy jeszcze szybko przez łazienkę. W niej lustro, potem dłuuugo, duuużo dystansu i wreszcie moja twarz, która prosi co rano, by nie musiała się siebie wstydzić. Docieramy do kuchni. W szafkach schowane ciut przypalone patelnie, co nie rozumieją jak to można robić kilka rzeczy na raz i czasem nie zdążyć. W lodówce ulubione chorizo i zawsze przeterminowane drożdże, bo przecież „miałam coś upiec”. Przy stole – unoszą się resztki śniadaniowych śmiechów, poobiednich dysput, szepty wieczornych zachwytów lub rozczarowań tego, co minęło. I zegar. Ten co, zawsze się śpieszy. Nawet jak twierdzi, że chodzi prawidłowo.

Dopiero się urządzam!

Zaraz, zaraz… Jest jeszcze taras! I tu właśnie chcę Was zaprosić najbardziej. Zaczynam tu swoją opowieść pt.: „TABAyKA.pl”. Wychodzę ze strefy komfortu… heh… Komfortu – sklepu! Pędzę do Castoramy 😉 Urządzam się na nowo. Wychodzę z własną fanaberią na widok publiczny i się kłaniam. Wam. Sąsiadom. Każdemu nowemu przechodniowi, który zawiesi głowę przez balustradę. Ufam, że jak będzie świeciło słońce – pocieszymy się razem. Jak popada – posłużę parasolem. Grunt, żeby było przytulnie. Bo przecież macierzyński ciągle trwa. Mogłabym przeleżeć go samotnie na leżaku. Ale w związku z tym wszystkim, co powyżej… To nie moja bajka. Leżaki rozstawiam także i dla Was – jeśli trzeba, niech posłużą za łoża rozrywki, zamyślenia, dobrej rady.

A jeśli chcecie jeszcze zajrzeć pod schody – poznać kulisy TABAyKOWEJ przygody – polubcie ją na FB.

Natomiast do mojej prywatnej Fabryki Szczęścia zaglądniecie podążając za kwadratami Instagrama!

No to komu kawy? 🙂