LOVE life

Moja bayka 2017, czyli pamiętaj to, co dobre!

31/12/2017

podsumowanie 2017

Za góry niedokończonych spraw, doliny nadgryzionych marzeń odchodzi… rok 2017. Czy mam go przemiatać miotłą, czy żegnać rzewnie białą chusteczką? Bo był pełen postanowień, których nie zrealizowałam; chusteczek, które nasiąkły łzami; spotkał ludzi, którzy rozczarowali. Jaki będzie kolejny? Nie wiem. Jak Scarlett O’Hara pomyślę o tym jutro. Tymczasem od jutra XXI wiek wkracza w pełnoletniość. Będzie mógł wyprawiać co chce, nie pytając nas o zdanie. Ja rozmawiam dziś z młodocianym 2017: kiedy znajdziemy się o północy, na zakręcie – co z nami będzie? 2017! Byłeś dobrym rokiem. Dziękuję, że byłeś. Mimo kilku nieporozumień, pozornie niewybaczalnych wpadek – czas leczy rany. A serce koduje… chwile szczęścia! To, co dobre!

To, co dobre!

Dałeś mi przeklinać upierdliwie klejący się do ciała czarny piasek teneryfskiej plaży; zaraz po tym jak tarzałam się w nim ciesząc do rozpuku z pierwszych prawdziwie rodzinnych wakacji.

Dałeś mi zobaczyć ruchome wydmy w Łebie, gdzie w piaskach jednej z nich zakopałam serce. By wrócić.

Dałeś mi upiec pierwsze w życiu pączki i ich nie przypalić.

Dałeś mi wyjść ze strefy komfortu i założyć bloga. Wtedy, gdy komfort zwykłego urlopu macierzyńskiego zaczął uwierać.

Dałeś mi usłyszeć pierwsze świadome “Mamo” mojej córeczki.

Dałeś mi wypić niejedną niedzielną kawę na rodzinnym spacerze w parku.

Dałeś mi poznać tyle niesamowitych osób, które odkryłam w online’ie, by teraz regularnie przytulać i harcować w offline’ie.

Dałeś mi spędzić lato na wsi: u studni, z kotem, pod stodołą, ze sklepem “na samochodzie”.

Dałeś mi nie odczuć nadejścia jesieni, bo zabrałeś na włoskie uliczki pełne gelato italiano i pizza napoletana!

Dałeś mi wyprawić najważniejsze przyjęcie roku: “roczek” mojego dziecka!

Dałeś mi odnaleźć tyle pand, ile nam trzeba, by stworzyć w dziecięcym pokoju biało-czarny zwierzyniec.

Dałeś mojemu domowi… dziecięcy pokój. Nareszcie!

Dałeś przyrządzić francuską pizzę z anchois na romantyczną kolację z mężem. W domu.

Dałeś przeżyć 32 lata… w zdrowiu.

Dałeś rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady – na 10-cio minutowy spacer.

Dałeś dobre śniadanie – prosto do łóżka, z którego ja jeszcze nie zdążyłam spuścić sama stopy.

Dałeś parę dobrych książek, tytułów gazet i seriali, które gdzieś tam pewnie mnie zmieniły.

Dałeś croissanty z Lidla, piwo Karmi i białe Magnum!

Dałeś kilka randek na wychodnym: w kinie, na łajbie pod Wawelem i na kulturalnej kolacji.

Dałeś kilka wieczorów przy świecach i kilka poranków nad jajecznicą – na naszym nowym tarasie.

Dałeś mieć przyjaciół, których krąg pozostaje bezpiecznie niezmienny.

Dałeś pośmiać się do rozpuku; płakać ze szczęścia; nie spać z dobrych wrażeń.

Dałeś potłuc szkło, nie tłukąc lustra.

Dałeś czarkę goryczy popić nektarem obfitości.

Dałeś pracować jak wół, by zbierać najpiękniejsze plony.

Dałeś drzeć koty, a stara miłość nie zardzewiała.

Dałeś być odważnym, gdy fortuna kołem się toczy…

Co za zakrętem?

I nieważne, co za zakrętem. I nieważne, co nas przykrego spotkało. Bo pewnie nie raz nas jeszcze spotka. Warto, powtarzam to nieustannie: warto zapamiętywać, akumulować, kodować to, co dobre.

Jak to zrobić? Wraz z początkiem 2018 weź duży słoik i kolorowe karteczki. Zapisuj na nich jedno, miłe zdarzenie, które Cię spotka. I wrzuć jako los szczęścia. Gdy nadejdzie moment, gdy stwierdzisz, że ten ostatni przestał Ci sprzyjać – przysiądź do swojego słoika i czytaj…

Albo załóż prywatne konto na Instagramie (jeśli nie lubisz ekshibicjonizmu) i wrzucaj tam swoje małe-wielkie chwile szczęścia zamknięte w pikselach fotografii.

To lepsze rozwiązania niż najdroższy psychoanalityk! Bo życie, w którymkolwiek zastaje nas roku, nie jest takie złe jak nam się wydaje… Tylko wtedy, gdy pamiętamy, to co dobre…