LOVE life

Dzień, który nie umarł…


27 final wosp

Niedziela. Godzina 20:00. Choć kolejny finał WOŚP już minął, puszczam “Światełko do nieba”. Dziś. Jutro. Pojutrze. Nie raz w roku. Nie dla Adamowicza. Nie dla Owsiaka. Dla siebie. Dla Ciebie?

Serce pękło!

W styczniu zdarzył się dzień, w którym jedno Serce zgasło. Drugie się poddało. A miliony pękło na pół. W tym moje.

Dobrze wiecie, że na moim blogu nie ma hejtu. Dobrze wiecie, że nie poruszam tu tematów polityczno-aborcyjno-homoseksualnych. Bo dobrze wiem, że świat jest wystarczająco mocno podzielony, że dzielić kochają ludzie marni, zawistni i małostkowi. A takich ludzi tu nie chcę.

W minioną niedzielę 27-ego finału WOŚP niestety tacy ludzie zwyciężyli. I proszę, nie sprowadzajmy tego, co się stało do szaleńczego zamachu jakiegoś politycznego świra. To nienawiść i podziały, jakie szerzą się ostatnio w naszym pięknym kraju zwyciężyły. I to zwyciężyły potrójnie. Zadały trzy ciosy nożem.

Trzy ciosy nożem

Pierwszy cios: zadał śmierć człowiekowi, który akurat za zawód na swojej drodze wybrał drogę: polityk. Tej lub każdej innej partii. To nie powinno mieć żadnego znaczenia. Bo przecież podobno od jakiegoś czasu mamy wolność poglądów. Ich wolność i ich tolerancję.
Zabił Człowieka, męża, ojca, który podczas tak pięknej akcji charytatywnej, uśmiechnięty, oglądał Światełko do nieba. Chciał pomagać. Tak jak miliony Polaków.

Drugi cios: zabił WOŚP. Mam nadzieję, że się mylę, ale bez Owsiaka w roli Dyrygenta, ta Orkiestra nie zagrałaby już tak samo. Cios dobił Człowieka, który w ogóle wymyślił i osiągnął niewyobrażalnie ogromny wymiar niesienia pomocy bezbronnym, niewinnym, chorym dzieciom czekającym na łatwiejsze jutro lub jutro w ogóle, w szpitalach. W szpitalach, które powinny wyglądać co najmniej tak komfortowo jak sale sejmowe. A wyglądają niekiedy jak bunkier trzeciego świata. A bywalcy komfortu sejmowych sal, od lat, od kadencji, mają to w nosie.

Trzeci cios: zabił moją naprawdę już skrajnie naiwną wiarę w… ludzi. Bo udawałam, że nie widzę: tego hejtu (toż to “słowo roku” od lat!) wylewanego na Owsiaka od dziesiątek lat, któremu żadnej kradzieży jeszcze nikt nigdy nie potrafił udowodnić. Bo przewijałam okrutne i bolesne komentarze pod postami kobiety-petardy Nikoli Mamaginekolog, która rozbiła internetowy bank i na WOŚP zebrała grubo ponad milion złotych! Zamykam oczy i uszy na małostkowy, bolesny jad, jaki sączy się przeciw Szymon Hołownia Ksiądz Adam Boniecki, tylko dlatego, że mają się ze swoim życiem za pan brat, bo są ze sobą uczciwi i szczęśliwi, chcąc przy tym dać światu ochłap… dobra i życzliwości. I choć mają grubą skórę, to nikt nie ma tak grubej skóry, która mogłaby nie pęknąć.

Przescrolluje się w dół…

I wiem, że styczniowe, pęknięte serca się zabliźnią. Wiem, że marsze przeciw nienawiści przeminą. Wiem, że wszystkie “R.I.P.” i “łączę się w bólu” przescrollują się w dół. Wiem, że ekipy rządzące będą się wymieniać. I wiem też, że tych komentarzy pełnych jadu i zawiści nie ubędzie. I wiem, że matka często niesłusznie pozostanie okrzyknięta… madką. I wiem, że medialny język podziału i nienawiści nie ustanie. I wiem, że przy stole wśród rodziny, bądź znajomych nie wyłączy się “jedynie słusznej” opinii.

Tak, 27 finał WOŚP przejdzie do historii. Będziemy go wspominać – co roku. Niektórzy pewnie z łzą w oku, nostalgią. Niektórzy z wewnętrznym triumfem zamkniętym myślą: “widzisz, jednak nic się nie zmieniło. Tak, jak po papieżu”. Umiemy się jednoczyć, pisać hashtagi. Na chwilę. Potem wszystko wraca do normalności. Do szczucia jadem. Do opluwania w internecie, na żywo, z powodem, bez powodu. Widzisz…

I niby wszystko wróciło do normy. Mowy pogrzebowe wygłoszone. Orkiestra bije rekordy. Stanęliśmy #muremzaowsiakiem. Owsiak stanął znowu z batutą najpiękniejszej Orkiestry świata.

Serio, wszystko jest takie jak przed TAMTĄ niedzielą? Przed godziną dwudziestą? Może i jest… Dopóki, dopóty nie znajdzie się kolejny Stefan W. I zaatakuje. W blasku fleszy, na scenie albo w komentarzu na Facebooku, Instagramie. Albo z telewizora. Albo po kryjomu, za zamkniętymi drzwiami, w kuchni, w piwnicy, w sypialni.

“Stefan W.” ciągle na wolności…

Nie chcę, żeby sprawa Stefana W. przeszła do historii. Nie chcę, by te kilkaset własnych słów wycedzonych z gulą w gardle na moim internetowym profilu przescrollowało się w czeluście internetowego zapomnienia. Chcę, byśmy tę narodową lekcję pokory odrabiali codziennie. Bo Stefanów W. nie brakuje. Bo każdy z nas może takim Stefanem W. bywać. Nawet nieopatrznie…

Są tylko dwie osoby, którym tuż po godzinie dwudziestej, w dzień 27-go finału WOŚP, szczerze zazdrościłam. Moim córkom. Dwa i pół roku i pięć miesięcy. One jeszcze nic nie rozumieją. One dalej się śmieją, dokazują i walczą z nowymi puzzlami lub gryzakiem. Może są lekko zdziwione tym, że częściej niż zwykle leciała u nas telewizja.  Może widzą, że byliśmy bardziej smutni i wkurzeni.

Bo wkurzałam się, że wtedy musi pękać serduszko ośmioletniej córeczki prezydenta Adamowicza, podczas gdy w jej główce jeszcze nie do końca się mieści to, co i dlaczego się właściwie stało.
Bo wkurzam się, że zalewa nas teraz fala hashtagów #stopnienawisci, która już przemija, a fala nienawiści i zawiści właśnie zbiera znowu swoje żniwo.

Na zbiorowej kozetce…

Chciałabym, żeby tamten dzień stał się tym dniem historycznym położenia nas – Polaków na zbiorowej, narodowej kozetce.

Chciałabym, żebyśmy zrozumieli, że Polska to nie tylko ten mały, zazdrosny motłoch. Czasem wystarczy zmiana optyki, by dostrzec życzliwych nam ludzi, wyjątkowe pejzaże i względny spokój, którego może nam pozazdrościć reszta świata.

Chciałabym, żebyśmy tym bardziej teraz docenili, że mając WOŚP, mamy coś tak ogromnego i pełnego dobrej mocy sprawczej, czego nie znajdziemy w żadnym innym punkcie kuli ziemskiej.

Chciałabym, żebyśmy wreszcie się ocknęli i zobaczyli, że Polska to kraj mądrych ludzi, którzy w dzień swoich urodzin organizują zbiórki charytatywne na fejsbuku, a w Mikołajki taszczą wielkie paczki do Domu Dziecka.

Chciałabym, żebyśmy zmienili Owsiakowe #róbtacochceta, które mocno szwankuje na #róbtadobro na co dzień: życząc naburmuszonej ekspedientce “dobrego dnia!”; przygarniając na 2 godziny dziecko sąsiadów, by jego zmęczona matka z ojcem mogli iść do kina; uśmiechając się do nieznajomych na spacerze wyjąwszy nosy z telefonów.

Chciałabym, aby zamiast skur***, kur***, chu***, zmiękczyć język online’owy i offline’u na “dzban”, “kretyn”, “głupek” – emocje się rozładują, obraza zaliczona (o ile zasłużona), a o ile… pozytywniejsza aura wokół.

Chciałabym, aby zamiast biczować się za popełnione (często nieuniknione błędy) i popadać w depresję, siejąc zazdrość, podnosić się, otrzepywać i budować imperium od nowa – z nową lekcją na barkach.

Chciałabym nie bać się, że kiedyś ta beztroska radość moich dzieci ustąpi pierwszorzędnego miejsca strachowi… o swoją przyszłość w tym ciągle pięknym, choć czasem jednak dzikim kraju.

Chciałabym, by iskra dobroci, solidarności i serdeczności tych styczniowych zimnych ogni “Światełka do nieba” żarzyła się mocniej… do końca świata. I o jeden dzień dłużej.

A może… A może tamta niedziela coś chociaż zmieni? Taką sobie i nam zostawiam receptę – refundacja 100%. Do wykupienia i zażycia… od zaraz!

“Bo musi być gdzieś ten świat, w którym jaskółka czyni wiosnę.
W którym szewc chodzi w butach.
W którym jak Cię widzą to “dzień dobry”.
W którym człowiek człowiekowi człowiekiem.”

Jarosław Borysewicz, “Mroki”

27 final wosp