LOVE life

Bo śmierć to zbyt mało…


bo smierc to zbyt malo zeby przestac kochac
Żeby przestać kochać. 

Tekst z dedykacją

Długo zajęło mi podjęcie decyzji, aby usiąść i na tym blogu napisać te myśli i emocje zebrane w litery, które za chwilę przeczytacie. I na wstępie – bardzo gorąco życzę Ci, aby ten tekst absolutnie Ciebie nie musiał dotyczyć. Chciałabym bardzo, aby ten tekst wydał Ci się wręcz nudny. Chciałabym, żeby życie było… sprawiedliwe.
Bo chcę napisać Wam o bardzo prywatnej sprawie, jaką jest obchodzenie w rodzinnym gronie Memoriału naszego Rycerzyka – synka Krzysia, który opuścił nas 6 lat temu. W miniony weekend, czyli w weekend najbliższy dacie naszego rozstania, obchodziliśmy po raz szósty nasz memoriał. 
Dlaczego jednak zdecydowałam się pisać? Ten tekst dedykuję każdej jednej osieroconej mamie, która pisze do mnie niestety coraz częściej: “Ania, jak sobie poradziliście? Jak mam teraz żyć?”…
Ten tekst dedykuję wszystkim tym mamom, które mają wszystko przy sobie: i dzieci, i zdrowie, i zapominają często jak żyć, złoszcząc się na kupę prania. 

Skąd idea Memoriału? 

To było lato. Prawdopodobnie to zielone, to słoneczne, to upalne. Dopiero co kiełkowało zielenią zbóż, fioletem koniczyny i gorącym brukiem ożywionych miast. Prawdopodobnie. Bo w 2013 roku czerwiec był dla mnie miesiącem, w którym nie pamiętam nic z rzeczy przyziemnych. W czerwcu 2013 nasz Rycerzyk nie pokonał kolejnego ostrego zakrętu na drodze do życia. W czerwcu runął nasz świat. I tutaj zakończę opisywanie tych emocji. 
W czerwcu też, gdy opadł już pogrzebowy trans spraw organizacyjnych, w poszukiwaniu przypomnienia sobie, co to są sprawy przyziemne i w wielkiej potrzebie ucieczki od wszystkich i wszystkiego, wyjechaliśmy w Bieszczady. Sami. To tam płakaliśmy, gdy nikt nie słyszał i to tam nie wstydziliśmy się czasem uśmiechnąć, kiedy nikt nie oceniał. W knajpie, gdzie jedliśmy na obiad pstrąga z grilla, nikt ze stolików obok nie miał pojęcia, co przeżywaliśmy jeszcze kilka dni temu i czym żyliśmy przez ostatnie kilkanaście miesięcy.
To na bieszczadzkich połoninach zostawiliśmy miliony myśli,  korowody pomysłów na dalsze życie i na tych ostatnich kamieniach szlaku z Połoniny Wetlińskiej odcisnęliśmy najpierw pomysł, a potem przyrzeczenie: to nie będzie tak, że nic się nie stało, że zapomnimy. Co roku oficjalnie będziemy wspominać Krzysia. Co roku będziemy przywoływać naście razy jego imię, co roku będziemy puszczać mu balonik do nieba. Balonik z misiem, który już przez całe życie pozostanie jego misiem. Bo skoro Krzyś i jego miś to musi być to Kubuś Puchatek. 

bo smierc to zbyt malo zeby przestac kochac

I tak co roku…

I co roku tak to właśnie się odbywa. Przez pierwsze 3 lata memoriał odbywał się dokładnie w tym samym miejscu, w którym go wymyśliliśmy: w Bieszczadach, w towarzystwie bieszczadzkich aniołów. Co roku wspinaliśmy się wraz z kilkorgiem nam najbliższych na Połoninę Wetlińską – do Chatki Puchatka. Mieliśmy na sobie ubrane koszulki z grafiką Kubusia Puchatka i Krzysia wraz z podpisem, który memoriał odbywa się w danym roku. Po drodze na szlak rozdawaliśmy cukierki. Od Krzysia. Bo każdy miał przyczepiony bilecik z anielskim pozdrowieniem i adres bloga naszego chłopczyka. Na szczyt połoniny wnosiliśmy ten wielki balon napompowany teoretycznie helem, ale dźwigał on ku górze wszystkie nasze tęsknoty, podziękowania, życzenia, myśli, uśmiechy i łzy. 
A wieczorem, zawsze ten Dzień pamięci kończyliśmy ogniskiem z motywem przewodnim Kubusia Puchatka: od czapeczek, przez serwetki i talerzyki, po zabawy w kalambury mające pokazać Kłapouchego albo Prosiaczka. No i właśnie… Było wesoło. Śmialiśmy się. Do rozpuku. Byliśmy razem. Rozumiemy się na tyle, by wśród siebie nawzajem nie wstydzić się uczucia nostalgii albo dawkowania sobie śmiechu, czy tzw. normalności za dużo lub za mało.
Jeśli życie podarowało nam tak wielką cytrynę do przyjęcia, nigdy nie wyciśniemy z niej smakowitego szampana, bo zawsze będzie ogromna nuta goryczy i niesmaku. Natomiast nikt nie zabroni nam z tej lekcji wyciągnąć tego, co najważniejsze: “żyj to za mało celebruj”. Żyj to za mało – kochaj. Żyj to za mało – pamiętaj. 

bo smierc to zbyt malo zeby przestac kochac

Żyj to za mało. Pamiętaj!

Po trzech latach corocznego obchodzenia Memoriału w Bieszczadach, przenieśliśmy się na naszą wieś. Ja wtedy nosiłam w sobie zdrowo tykające serduszko Anielki, nieoczekiwanie do Krzysia dołączył jego ukochany chrzestny, a do naszego skromnego grona dołączyli nowi członkowie rodziny, by uczyć się jak pamiętać w inny sposób niż wylewając potoki łez. 
Za połoninę służy nam sąsiedzka łąka. Do balona Kubusia Puchatka dołączył balon z kuflem piwa, który wysyłamy ukochanemu wujkowi Krzysia. Do naszych wieczornych uśmiechów dołączyły ich nowe brzmienia. Razem – raźniej. I wszyscy tak bardzo chcą sobie zapamiętać ten dzień pamiętania, że oprócz rokrocznie drukowanych koszulek, mamy jeszcze pamiątkowe kartki –  co roku z grafiką z Kubusia Puchatka, ale co roku inną. 

Trzy powody.

I wiecie, dlaczego tak bardzo czekam na ten zazwyczaj pierwszy weekend czerwcowy? Są trzy powody!
Po pierwsze: dla siebie! Żeby sobie uspokoić swoją głowę i serce, które na co dzień może i tak często nie wypowiada słowa “Krzyś” i nie ucieka już myślami gdzieś Tam, tak intensywnie, jak to miało miejsce na samym początku. W ten dzień wiem, że wolno mi wypowiadać jego imię więcej razy niż w całym minionym roku. W ten dzień, tak bardziej oficjalnie i uroczyście niż na co dzień, zwyczajnie dziękuję i zupełnie po ludzku proszę: za to, że jest jak jest i o to, żeby zostało tak jak jest. Po drugie, w ten dzień spotykam absolutnie wszystkich tych, których bardzo kocham. I po trzecie, w ten dzień nie muszę ukrywać, że mam trzecie dziecko i to właśnie jemu wyprawiam imprezę!

bo smierc to zbyt malo zeby przestac kochac

Droga Mamo!

Droga Mamo, która czytasz ten wpis i myślisz, że Twój świat właśnie runął. Nie wiem czy Tobie wyjazd w Bieszczady pomoże. Nie wiem, ile Ty łez musisz wylać, żeby stwierdzić, że przecież życie i tak się będzie toczyć dalej – z tym, że zawsze już z niepełną czarą szczęścia obok. Droga mamo, nam Memoriał pozwala mocno przytupnąć na fakt, że nasz synek, mimo że nikt go nie widzi, jest ciągle obecny w naszym życiu. Tak właśnie normalnie. Tak właśnie podczas żartów. Tak właśnie w akompaniamencie Kubusia Puchatka i skwierczącej na ognisku kiełbaski. 
Droga Mamo, która zemścisz nad górą prania, wyjedź w góry, wejdź na szczyt jednej z nich i spróbuj sobie uzmysłowić z jakimiś myślami mierzysz się ty, a z jakimi myślami muszą mierzyć się czasem inni. 
Drogi ktokolwiek, do kogo jakkolwiek trafił ten tekst. Jeśli spotkał Cię brutalny brak kogoś bliskiego bardzo niedawno lub całkiem dawno: celebruj. Celebruj pamięć po nim. Bo jakby się dobrze zastanowić, jest to jedyna mądra rzecz, jaką możemy zrobić. Celebruj kolację z rodziną, na którą zaserwujesz ozorki w sosie chrzanowym z tego przepisu, z którego najbardziej uwielbiał je jeść twój ukochany tato. Celebruj spacer z tymi, którzy zostali po ukochanej trasie twojej mamy, po której zostały już tylko te szlaki i buty. Celebruj dzieciństwo twojego dziecka, które tego dzieciństwa nie dożyło: na każdej wycieczce kupując mu drobiazg, w każdą rocznicę spotykając tych, przy których nie wstydzisz się uśmiechnąć na jego wspomnienie. Pamięć jest najlepszą chusteczką do otarcia łez…

bo smierc to zbyt malo zeby przestac kochac

bo smierc to zbyt malo zeby przestac kochac