SMART life

Wiosna challenge! Czyli postanowienia noworoczne umierają w marcu…

26/03/2017

postanowienia noworoczne

Rzymianie się pomylili. Ich kalendarz musiał powstawać pod wpływem co najmniej… dobrej jakości środków odurzających. No bo kto przy zdrowych zmysłach ustala Nowy Rok pierwszego stycznia?! Pierwszego stycznia…, kiedy choinka i wszystkie poświąteczne błyskotki już zdążyły się zakurzyć i bardziej zawadzają niż cieszą; kiedy śnieg zamiast w bałwanie, poniewiera się w przedpokoju w postaci kałuży; kiedy „wyzwanie bikini” jawi się jako hiper odległa mara senna. A postanowienia noworoczne? Umierają. Śmiercią nawet nie męczeńską, bo zbyt długo nie cierpiały. Umierają tragicznie, szybko, samotnie, w naszych głowach, pod naszymi kocami, w naszych agendach zatracenia.

Postanowienia noworoczne umierają

Średnio tydzień po Nowym Roku sprawdzam (oczywiście, że co roku! :-P) jak się mają moje obiecanki – postanowienia noworoczne, podejmowane zawsze tak samo na serio, zawsze z pełną przekonania miną, gdy wznoszę lampkę szampana, a fajerwerki wydudniają na niebie północ. I co wówczas widzę? Zastanawiają się poczciwie, przestraszone, wyszydzone, znerwicowane, czy już się zapaść pod ziemię, czy jeszcze dygotać na bruku otoczone przez zimę złą. Moje „w tym roku schudnę 5 kilo”, „rzucam fajki”, „nie oglądam więcej seriali”, „chodzę wcześniej spać”, „jem więcej owoców, warzyw i ryb”, „nie krzyczę na moje dziecko” szybko uczą się własnego sarkazmu i w końcu turlają się wokół własnej osi radośnie płacząc ze śmiechu.

Od zarania moich dziejów, kiedy to ktoś powiedział/kazał/poradził (nie pamiętam) wymyślić sobie jakieś sylwestrowo-noworoczne postanowienia, za każdym razem znajduję coś, co powoduje, że stają się rzeczywistością.  No bo grzeszków przez miniony rok, no i jeszcze po Świętach (!) zawsze odpowiednio sporo się uskłada, jeśli nie za uszami, to w talii…  A w styczniu? Zdarza się, że nie pamiętam ich nawet z nazwy, a co dopiero, by mierzyć ich efektywność w… niespełnianiu się. Wiem, moja wina, tylko moja wina. Moja bardzo wielka wiiina. No bo miesiąc grudzień jest jeszcze całkiem spoko – fajnie cieszyć się, że nadeszła zima, że spadł (zazwyczaj) pierwszy śnieg, że zaraz święta, prezenty, dużo słodyczy.

Ale styczeń i luty, to miesiące w których zima sobie zdecydowanie jeszcze nie poszła, a z Panem Mrozem ugaszcza się coraz śmielej. Śnieg zawsze zaskakuje drogowców, a nie dzieci w ferie. A słodycze jakoś same wchodzą w rękę jako nieodzowna składowa długich i ciemnych wieczorów pt. „herbatka z imbirem i cytrynką”, puchaty kocyk, dobra książka lub film. I czy ktoś tu widzi jakiekolwiek warunki pogodowo-psychosomatyczne, aby wypełzać z domu wieczorem po pracy pod milionem ciepłych warstw szalików, rękawic i kożuszków i iść na np. siłownię? No wolne żarty, przecież! A rano może…? Tylko rano jest tak samo ciemne jak świt, wieczór i noc, więc najlepiej wtedy nawet nie podnosić żaluzji (szkoda rezerw energii!), tylko ufając budzikowi – umyć zęby, pokolorować czym się da bladą cerę i ruszyć na spotkanie szefa-yeti. A basen…? Brr… zimno, mokro i o kilka kadrów tramwajowych przystanków smutnych ludzi za dużo. Sami więc widzicie, okoliczności przyrody wybitnie nie sprzyjają.

Wiosna challenge

Za to marzec… Marzec, Drodzy Państwo, to istny Filip z konopi w brunatno-szaro-burym kalejdoskopie jesienno-zimowej pluchy. W prawdzie on jeszcze jedną nogą w pośniegowym błocie, ale drugą stoi na pomoście – pomoście do kwietnia, maja i im podobnych. Jest obietnicą. Obietnicą swojego dnia 21-szego. Obietnicą wiosny! I jak to facet, czasem nagina rzeczywistość: nie do końca słowa dotrzymuje – wiosna się staje – ale nie zawsze w tym wyśnionym entourage’u. Ale jest. Najpierw po cichu się skrada, horyzonty zazielenia, ptaki pociąga za fraczki do wstawania i śpiewania, kwiatki sypie na klombach, zegarki przestawia. Ale przede wszystkim maluje na różowo lica, lansuje pastele, podsuwa seksowne piżamki, drinki promieniami słońca zasilane serwuje, katalogi z wakacji do domu podsyła, „kocham” z ust rozsznurowuje…

A moje postanowienia noworoczne? Słońce przywraca mi pamięć, a dłuższy dzień wysusza ten splugany hucpą pogardy bruk. „Schudnę 5 kilo”, „rzucam fajki”, „nie oglądam więcej seriali”, „chodzę wcześniej spać”, „jem więcej owoców, warzyw i ryb”, „nie krzyczę na moje dziecko” odzyskują suchy i bezpieczny grunt pod nogami. Rozglądają się wokół. Ładnie tu – twierdzą. Widzę i ja, że wraz z marcem i jego ciągiem dalszym wiosenno-letnich ekscesów, same ładne kadry mnie czekają. Muszę się jakoś w nie wpasować. Wchodzę w nie. Zabieram ze sobą tobołek obietnic grudniowo-styczniowych. Idę naprzód. W wiosnę! Ładniejsza ja. Nowa ja. Lepsza ja.