SLOW life

Jest tylko jedna rzecz, którą MUSISZ zrobić w grudniu!

04/12/2017

co muszę zrobić w grudniu?
I przysięgam! Nie będzie ani słowa o pierniczeniu w kuchni, o pakowaniu prezentów i szukaniu bordowej kiecki. Będzie o jednej jedynej rzeczy, którą Ty i ja musimy zrobić w grudniu. Zanim styczeń zastanie nas z całą serią nowych dyrektyw.

Świat oszalał

Tak jak moje kozaki, zamknięte na cztery spusty w szafie trzy piętra wyżej nad moją głową powoli tracą nadzieję, że jeszcze kiedyś odzyskają swój wigor i blask na moich nogach, tak ja powoli tracę nadzieję, że życzenie „spokojnych świąt” będzie tylko kilkoma kolejnymi literami w smsie z życzeniami albo kiczowato złotym napisem na kartce z mikołajem. I już wychodzi na jaw kolejna moja naiwność: przecież życzenie „wesołych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia” jest już passé, może urazić. Teraz mamy życzyć wesołego Mikołaja albo udanych, grudniowych wakacji. Taka teraz ta nowoczesność. Świat zwariował.
A ja w nim. Dlatego w tym roku postanawiam być przez najbliższy miesiąc matką wyrodną, żoną złą i ch****** panią domu. Bo wiem, że Święta spędzę daleko od domu. Odwiedzając po kolei różne, dalekie domy bliskich i kochanych mi osób. Kto ma małe dziecko wie, że każde kilkugodzinne wyjście z domu to logistyczne wyzwanie, które ze spokojem ma niewiele wspólnego. Wiem, że zaraz zaskoczy nas Nowy Rok i spyta: no to jakie mamy plany? Wiem, że znowu zrobię sobie całą listę postanowień i wiem też, że z góry spiszę je na porażkę. Ale dam im chwilę życia… na kartce papieru w nowym kalendarzu. Będzie im metryczką i klepsydrą zarazem.

Jakoś poleci

I potem jakoś poleci. W lutym będzie apogeum nieszczęścia z powodu zbyt długiej zimy, psich kup zamiast śniegu i czarnej kurtyny smogu za oknem zamiast powietrza.
Marzec wręcza mopa i płyn do szyb, żeby nie wstyd było powitać wiosnę. Od maja do września czas przyśpiesza tak żwawo i pięknie, że zawsze zanim się jeszcze zacznie, mnie jest codziennie szkoda lata. I tak samo bardzo codziennie go chłonę każdą komórką swojego ciała wyrywającą się… ku słońcu. Wrzesień i październik biorą nas za kratki: szkolnych zeszytów, planów lekcji i list to do spakowania przedszkolno-żłobkowych wyprawek. Listopad zyskał miano najbardziej znienawidzonego miesiąca w roku tylko dlatego, że jest… szarym, brudnym i zimnym listopadem.

W grudniu muszę!

Grudzień natomiast jest końcem końca: spraw do załatwienia, spotkań do odbycia, postanowień do zażegnania.
W grudniu już teoretycznie nic nie muszę. W grudniu mogę. Mogę przystroić dom na święta. Mogę upiec jedno zamiast trzech ciast. Mogę niecierpiące zwłoki sprawy przełożyć. W grudniu przecież wszystko wolno. W grudniu wszystko się wybacza. Przecież za pasem styczeń. Nowy start. Nowe karty.
W grudniu muszę zrobić tylko jedną jedyną rzecz. Muszę odpocząć!
Bo kiedy indziej nie mam czasu. Bo nigdy mój dom nie wygląda tak pięknie jak wśród dziesiątek migoczących świateł oblanych nastrojową muzyką, ugłaskaną śniegiem za oknem.
W grudniu muszę choć przez tych kilka wieczorów sięgnąć dna. Dna fotela.
I się mocno przytulić… do samej siebie.
A lampki niech migoczą…