SLOW life

Jedenaste. Nie zapominaj!

19/04/2017

momenty

Dres skrojony na miarę matki krzątającej się wśród potykogennych zabawek. Zimny obiad jedzony w powietrzu, bo stół został wyparty przez matę do ćwiczeń… dziecka oczywiście! 😉 Niespotykana wokół cisza, bo główny generator dźwięku, ruchu i uśmiechów… ucina sobie właśnie drzemkę. W drzwiach przekręca się klucz. Dopiero 15:30. A tu mamy… powrót Taty. Z pracy. Wcześniej niż zwykle. Wchodzi bardziej cichaczem niż zwykle. Jakoś bardziej skulony niż zwykle.

On pamiętał. Ona zapomniała

Boli Cię coś? – pytam. I wypowiadając to okrutnie oschłe (a przecież z troską), przyziemne pytanie jeszcze nie wiem, że właśnie w tym momencie cały romantyzm szlag trafił. Mąż „rozkula się”. Uśmiecha się (czyli go nic nie boli – myślę – uff), przy tym całkiem zgrabnie i zwinnie wyciągając zza pazuchy bukiet róż najczerwieńszych, najpiękniejszych! Tak, standardowe myśli standardowej żony (którą przecież tak bardzo nie chcę być) przelatują przez moją głowę i zamykają się w cudzysłów: „pewnie coś przeskrobał”… Hmm… Lewitujesz w domysłach gdzieś pomiędzy punktami z listy zarzutów, skarg i zażaleń, które ostatnimi czasy skrzętnie (ale przecież szeptem!) budowałaś w swojej głowie. Do czasu… Bo wtem okazuje się, że nie on przeskrobał, a ja… Bo z szelmowską miną pt. „Mamy cię”, pyta:
– Zapomniałaś? 13-sty marca…
Holy shit! On pamiętał. Ja zapomniałam. A miało być na odwrót. Żona zła.

Ten najpierwszy taniec

Ale taką żonę sam sobie wybrał. Dokładnie 13-tego marca. Po południu. Sala gimnastyczna krakowskiej uczelni. Kurs tańca. Pierwsze zajęcia. Wtedy to dokładnie te 11 lat temu (!) pewien chłopak podszedł do pewnej dziewczyny.

– Cześć. Mam na imię Michał. – Cześć. Mam na imię Ania. – Zatańczysz? – padło sakramentalne pytanie tego krótkiego wstępu do tej naszej długiej miłości, która jeszcze wtedy o sobie nic nie wiedziała. Miłości wytruchtanej lekkością cha-chy, wytęsknionej bliskością rumby, pełnej podskoków jak krakowiak, systematycznej w zloty i upadki walca wiedeńskiego, okraszonej mocniejszym przytupem tanga, klasycznej niczym angielski walc.

Stoję sobie dalej w zastygłej słupo-pozie. Sala gimnastyczna się rozwiewa, za to wciąż powiewają przed moimi oczami róże. Wracam z tej mojej wyimaginowanej podróży do zamierzchłych czasów. Z brokatowych baletek znów ląduję w swoich kapciach, w tym samym dresie. I niby wszystko dookoła jest takie samo. Dalej leżą porozrzucane zabawki. Obiad zaliczył się w międzyczasie do kategorii „resztki”. A Tabayątko okrzykuje radośnie z łóżeczka, że drzemka przeszła już do przeszłości. Ale do końca takie samo to wszystko nie jest. Bo w mojej łepetynce zostaje odświeżone piękne wspomnienie – chyba to jedno z tych najpiękniejszych w życiu.

Powiecie… ślub. Przekrzyczycie… narodziny dziecka. Tak, owszem, tych momentów się nie deklasuje. Jednak są to wydarzenia mniej lub bardziej zaplanowane: ślub to raczej w najmniejszym szczególe, a narodziny dziecka nie następują od razu, tylko po tych co najmniej 6-ciu (niech będzie!) miesiącach oczekiwania i oswajania się z tematem.

Momenty, które przychodzą same

Pierwszy taniec, pierwsza rozmowa u znajomych na imprezie, pierwsza przejażdżka windą na wspólne piętro bezdusznego blokowiska naszej ery, pierwszy sms wymieniony po internetowym randko-czacie, pierwsza kawa wypita po godzinach pracy, pierwszy drink przy zadymionym barze weekendowej knajpy, pierwsza rozgrywka na hali sportowej, pierwszy „spadnięty” niby przypadkiem ręcznik na siłowni, pierwszy wywijaniec na weselu kuzynów… Momenty! Zupełnie niespodziewane, spontaniczne, pełne łoskotu losu i nuty przeznaczenia. Zaskakują nas w momentach, kiedy przecież „nie szukamy chłopaka”, praktykujemy wygodny żywot modnego singla albo jesteśmy w związku z kimś, kogo wydaje nam się uszczęśliwiać. A one – nieproszone, natrętne, świeże – zadziewają się – niepozornie, bez kalendarza, agendy spotkań, budzika… Momenty, które przychodzą same. A my nie potrafimy potem od nich odejść. Wręcz przeciwnie: niczym lunatycy podążamy za nimi w drogi, o których istnieniu nawet sami nie mamy pojęcia… Ja – żoną mieszkającą w Krakowie, z informatykiem i Tabayątkiem na rodzinnej fotografii?! No kto by pomyślał… Te 11 lat temu. Momenty budują nasze życie bardziej niż nam się wydaje. A potem? Potem ich nie doceniamy, zapominamy, wkładając złoty krążek na rękę – spychamy w niewiele znaczącą otchłań grzechów młodości.

Ocalić od zapomnienia

A przecież gdyby nie ten pierwszy taniec z sali gimnastycznej, nie byłoby tu wokół tych właśnie zabawek; nie byłoby takiego, a nie innego Tabayątka coraz głośniej krzyczącego o końcu drzemki; nie byłoby tych pięciu czerwonych róż, trzymanych przez faceta, który pamiętał! I którego oczy uśmiechają się do mnie teraz tak samo jak wtedy, gdy deptaliśmy sobie po palcach cha-cha-cha…

A Wy…? Gdzie się poznaliście? Oj, widzę już ten uśmiech! 🙂 Trochę skryty, trochę rumiany z zawstydzenia, całkiem szczery, który wymyka się bardziej z oczu niż z ust…
Dlatego właśnie… kocham wspomnienia! A jeszcze bardziej kocham ich świętowanie… Tych małych, zapomnianych okazji z fotografii niepodpisanych. Odkurzone, z wdzięczności, radują podwójnie! Sprawdźcie! 😉

 

momenty