SLOW life

Ballada o przeszłości

29/03/2017

ballada o przeszlosci

– Taki elegancki facet. Bastion stylu. Klasy. Mogłabym napisać jakiś ładny tekst. Taki w hołdzie – powiedziałam tuż po przetrawieniu i uwierzeniu w informację o śmierci Wojciecha Młynarskiego wieczorem 15 marca. W hołdzie przeszłości, która to z coraz dalsza wysyła ten promienny, szlachetny uśmiech niewybielanych zębów żujących tytoń; która ciągle nosi spódnice za kolano oraz neseserek; która nie musi zaglądać do wikipedii, by znać zasady gry w zielone…

Po chwili namysłu przyszedł wyrachowany (nie)zdrowy rozsądek… – Ale mój blog startuje dopiero 21 marca. Do tego czasu wszyscy już o nim zapomną. Nawet pogrzeb już się odbył.

A może nie…?

Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany
Jeszcze wiosenne deszcze obudzą ruń zieloną
Jeszcze zimowe śmiecie na ogniskach wiosny spłoną

 

Przeszłość była elegancka

Bo mnie się jakoś tak nostalgicznie zrobiło. I nawet nie chodzi o samego Młynarskiego – bo wiem: choroba, wiek, kolej rzeczy… Chodzi o ten kolejny skrawek starej, ludzkiej przyzwoitości, staroświeckiej szlachetności i „starej daty” mądrości, o który współczesny patchwork naszego świata się właśnie pomniejszył. Znowu.

I nagle, w kontraście do wspomnień, którymi przez dzień, może dwa „po” bombardują nas media, staje się tak – nieziemsko nowocześnie, wybujale kolorowo, przyzwoicie bezemocjonalnie, hashtagowo stylowo… A ja chcę dziur, łat, elegancji, zmarszczek, zieleni i… pieca u mamy, o których tak często pisał, śpiewał!

 

Przez kolejne grudnie, maje
Człowiek goni jak szalony
A za nami pozostaje
Sto okazji przegapionych
Ktoś wytyka nam co chwilę
W mróz czy w upał, w zimie, w lecie
Szans nie dostrzeżonych tyle
I ktoś rację ma, lecz przecież

 

Przeszłość była wesoła

Podobno rzeczywistość lat 70 i 80-tych była trudna… Podobno, bo mnie tam nie było. Choć czasem chodzi za mną niezrozumiałe przeświadczenie, że powinnam się urodzić te 20 lat wcześniej? Dlaczego… Bo żyję tu i teraz, a coraz częściej nie mogę pojąć tego świata… Dlaczego jest taki smutny, taki na siłę zagmatwany, taki obcy, taki z kwaśną miną.

Jako nastolatka, uwielbiałam wygrzebywać z wyprzedażowych koszów wszelkie płyty pt. „Złote Przeboje” z różnych dekad. Fakt, dużo w nich niezbyt wyszukanej melodii, nieozdobionych słów, ale przede wszystkim: jest pogoda ducha! Jest radość! Jest uśmiech…, choć czasem przez łzę tęsknoty. Kiedyś: poezja, bardowie, treść niosąca sens – to były szczyty list przebojów. Dziś – kryterium przeboju wyznacza nie słowo, a rytm. Ci od słów są, gdzieś tam, jako nisza do odnalezienia się w stogu chłamu.

Pamiętacie…? Czasem podbite oko ma, na pamięć kodeks prawny zna, przez życie się łokciami pcha – polska miłość. Na delegacje jeździ het, potem się nie rozlicza z diet, by zaoszczędzić kilka zet – polska miłość.” ? Mój ulubiony opis miłości. Prawdziwy. Bez cukierków. Bez ściemy. Bez wycia łez. I nieidealny. Słodko-gorzki. A dziś? Dobrze się sprzedają piewcy oczu zielonych lub znawczynie odmian słowa „drań” przez wszystkie przypadki…

Więc nie martwmy się, bo w końcu
Nie nam jednym się nie klei
Ważne, by choć raz w miesiącu
Mieć dyktando u nadziei
Żeby w serca kajeciku
Po literkach zanotować

 

Przeszłość nie chodziła solo

Może to znów syndrom „tamtych czasów”, ale słowo „my” było i w piosence, i na podwórkach, i w pracy,  i w domach. Ludzie się chyba lubili tak trochę jakby bardziej. Były rozmowy na ulicy, na straganach, przez płot… Dziś zagadał mnie pan w tramwaju. Starszy pan. Zaczął od spostrzeżenia na temat mojego makijażu, że po co mi, skoro nie mam zmarszczek (ach!), skończywszy na pokazywaniu skórzanych rękawiczek, które służą mu od 35 lat. Sedno? Zagadał mnie starszy pan w tramwaju! Łoł! Wydarzenie dnia…, o którym zaraz po powrocie opowiadam w domu, mężowi, Tobie… A powinno to na mnie nie zrobić najmniejszego wrażenia. Przecież siedział obok, to się odezwał. To jednak – takie niebywałe… dziś.

Mamy ciągle słuchawki na uszach, a słyszymy coraz mniej. Nosimy częściej okulary, a widzimy coraz gorzej. Wybielamy zęby, a uśmiechamy się coraz rzadziej.

Jeszcze w zielone gramy, chęć życia nam nie zbrzydła
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła
I myśli sobie Ikar co nie raz już w dół runął
Jakby powiało zdrowo, to bym jeszcze raz pofrunął
Jeszcze w zielone gramy, choć życie nam doskwiera
Gramy w nim swoje role naturszczycy bez suflera
W najróżniejszych sztukach gramy, lecz w tej, co się skończy źle
Jeszcze nie, długo nie!

 

Przeszłość była…?

Warto być trochę staroświeckim. Choćby z tabletem w dłoni i w hipsterskich trampkach. Jak? Pamięcią… O Hance Bielickiej i jej pogodzie ducha skrytą nawet pod poważną miną. O Władysławie Bartoszewskim i  jego słynnym „warto być przyzwoitym”– w czynach, nie słowach. O Agnieszce Osieckiej i jej bystrym mrugnięciu okiem na cały ten półserio świat… O Wojciechu Młynarskim i jego graniu w zielone z losem wszelkim.

Mimo czasów pt. „nas nie dogoniat”, pamiętać chcę… o charyzmie, klasie, ponadczasowości… tej szlachetnej staroświeckości tych, co odeszli.

Może pobawię się trochę w tę przeszłość i dopiszę dla Młynarskiego jeszcze takie wersy…?

I dalej grajmy w zielone!
I nawet wtedy, gdy naprawdę źle,
 gdy z drzew leci wiór,
gdy rośnie międzyeuropejski mur,
Po dawnemu,  dziś też – grajmy w zielone…