MUM life

Rodzę! W pięciu aktach

17/05/2017

poród

Niby poród składa się z trzech faz: skurcze, parcie, .. i coś tam jeszcze. Nie wiem dokładnie, bo miałam cesarkę. Zanim mi przykleicie nalepkę bólowego tchórza albo panny wygodnickiej, uściślam: nie, nie na życzenie. Wolałam rodzić naturalnie. Nie wyszło.

Dokładnie rok o tej samej porze byłam w ciąży. I byłam już w trzecim akcie mojej tragikomedii pt. „Rodzę”. A do finału  z medycznego punktu widzenia było jeszcze prawie 2 miesiące…

Akt I: Rodzę decyzję

Chcę, nie chcę, boję się… No bo chciałabym… Ale się boję… No bo wszyscy mają, no bo wszyscy pytają, no bo tyyyle lat po ślubie. Chcę. Tak. Dziś! Zróbmy to. Albo nie. A jak coś pójdzie nie tak? Najlepiej nie planować. Może spytam lekarza…? Albo bój się i rób. I tak też się stało. I tak się nawet sprawnie podziało, że on chciał, ona chciała i ono chciało… do nas przyfrunąć: w bocianim dziobie, na liściu kapusty, pędem sprytnego plemnika, który upolował jajo. Bingo!

Akt II: Rodzę na odwrót

Zgodnie z komendą: na odwrót marsz! Bo na odwrót maszerowały mi wszystkie zapachy: od nosa po żołądek. Otwieraną lodówkę nie słyszałam, ale czułam – a choćby na odległość pięciu ścian na wskroś. W konsekwencji na odwrót maszerowało wszystko to, co zjadłam: zamiast do dołu, to do góry i na zewnątrz. Na odwrót i do tego na baczności maszerował mój mąż: nie z, ale bardziej do sklepu: po… budyń, ogórki i śledzie (duet obowiązkowy, niezastąpiony od prababć czasów niczym innym!), po rzodkiewki, lody kawowe, łubianki truskawek, zastępy burgerów well done i skrzynki pomidorów.
Na nic się zdały pokiwania głów twierdzących, że na pewno będzie chłopczyk, gdy nie ciągnęło mnie na słodkie, tylko na wszystko co… „czoooosnku, dużo czosnku proszę”! Nie sprawdziły się równania zabobonów sprzed setek lat, twierdzących, że jedzenie lukrowanych, przesłodkich pączków siusiaka zamieni na kwiatuszek. Nie jadłam ich. W tej ciąży mi nie smakowały w ogóle.

Akt III: Rodzę zapach

Leżąc. Ja, obecna tu matka Polka, co to zegarka nie nosi, a wie, kiedy drzemka, pielucha, zupka, deserek, druga zupka, piętnasta pielucha, ósma pobudka… Ta sama matka Polka, która przyswoiła, że zmęczenie nigdy nie mija, więc trzeba się do niego po prostu przyzwyczaić. Ja się głośno i wyraźnie zapytowywuję: „Co ja robiłam z tym czasem w stanie błogosławionego bezczasu oczekiwania na potomka?”. Na moim kole czasu, 80% zajmował czas wolny… Resztę: jedzenie, spanie, martwienie się, czytanie, potem znów martwienie się, czytanie… Rany! Jak ja nie doceniałam tych błogich chwil sama ze sobą, a raczej w duecie ze sobą… Bo druga połowa duetu już kopała, ale jeszcze milczała i jeszcze się nie przemieszczała, stawała, przewracała, gugała, piszczała… itd. No do cholery jasnej, co ja robiłam z tym czasem? Czasie, wróć! Nicnierobienie, wróć! Czasie Ty mój: już nigdy nie będziesz tak bardzo wolny jak wtedy, tak nijak płynący jak wtedy, tak zmarnowany jak wtedy; gdy się czeka na dziecko, które w domu nie będzie miało jeszcze rodzeństwa…

Akt IV: Rodzę gniazdo

Wijąc. I podczas tego wicia gniazda, nawet nie wiesz jak bardzo stajesz się minimalistką. Dostajesz nagłej supermocy, aby z komody o sześciu szufladach wypełnionych szpargałami po brzegi, zrobić szuflad wypełnionych dwie. A reszta staje się zbędnymi śmieciami lub nieposortowanymi bibelotami, które swoje miejsce znajdują gałązka po gałązce, szafka po szafce, szuflada po szufladzie. A w wolne miejsce wskakują pieluszki, grzechotki, zabawki, aspiratorki do nosa i miniaturowe nożyczki do miniaturowych paznokci.
Wrażenie minimalizmu tak szybko jak się pojawia, tak szybko i znika w szczelnie zamkniętej komodzie. Bo w między czasie moja skandynawska, biało-srebrna sypialnia z duszą pure, zmienia się w łaciatą, pastelową makatkę w wersji babygirl. Po kątach rozstawiają się pudła pampersów; na ścianach zawieszają się misie (pandy oczywiście!), ulubiony fotel ustępuje miejsca kołysce, a jakże symetrycznie ustawione łóżko zsuwa się w kąt i zakrywa narzutą bawełnianych kocyków, poduszeczkami minky, świeżo uprasowanym baldachimem i resztą misiów, które nie zmieściły się w półeczki-domki.

Akt V: Rodzę… zaraz!

Ale jeszcze nie teraz…
„Jestem gotowa” – powiedziała walizka, patrząc na mnie z zażenowaniem jak dopiero teraz rozszerzają się moje źrenice ze strachu. No bo walizka spakowana, czyli robi się poważnie. Czyli koniec żartów. Czyli może to być już, zaraz. Czy aby na pewno wszystko zabrane? Pieluszki wyprasowane milion razy, różowe bodziaki z zajączkiem piętrzą się ilością na co najmniej miesiąc poza domem, śmieszne majtki i jeszcze dziwniejsze staniki z okrągłym pampersem jako wkład: rozkminione, jeszcze nie w praktyce. Wszelkie checklisty wyprawkowo-internetowe posprawdzane punkt po punkcie. Sztuka oddychania opanowana: jeszcze nie teraz – oddech – jeszcze nie teraz – oddech…

Ale zaraz, zaraz… To już! Walizka ląduje w kufrze; ty w samochodzie, a szofer-tatuś piekli się, że nie ma gdzie zaparkować przed szpitalem. To chyba taki trik, by mężowie mieli się na wstępie gdzie i na kim wyładować (biedny pan parkingowy!).
I ejże: obrączka i pierścionki z palców nie zdjęte. Pierwsza nagana od położnych. Na izbie przyjęć dowiadujesz się, że Twój lekarz właśnie pojechał na urlop. I przy okazji dziś lawina porodów: przez temperaturę – gorące 32 stopnie! Pięć aktów porodu już za Tobą, a tu co chwila masz ochotę zgłosić nieprzygotowanie.
Do czasu. Do czasu usłyszenia pierwszego krzyku tego, przez którego przez minione miesiące nie wolno ci było pić kawy i wina. Tego, przez którego przekonałaś się, jak to jest mieć z brzucha stolik na kolację przed telewizorem. Tego, który dopiero teraz zacznie pisać nie jakąś tam sztukę aktów pięć, ale kilkuset stronicową powieść z pogranicza science-fiction i obyczaju, z dużą dozą komedii, kapką melodramatu i fragmentami przygodówki.

A cała poprzednia reszta? To tylko wstęp, preludium, libretto…

 

poród