MUM life

Mieć czy być? Koniec urlopu macierzyńskiego i co dalej?

15/11/2017

Każda mama, gdy nastaje koniec urlopu macierzyńskiego nie powinna się nawet zastanawiać. Bo przecież żłobek to samo zło; niania to obca baba jakaś, której trzeba słono płacić; a dziecko ma się rozwijać przy matce. Przy matce w domu. Przecież każda kobieta jest do tego wprost stworzona… 

Kto mnie zna, wie, że tak nie myślę. A kto się nabrał: tym bardziej niech czyta dalej. Bo po jednym z ostatnich wpisów, podtrzymuję tezę, że macierzyństwo to wszystkie odcienie szarości. Dalekie od radykalnych decyzji czerni i bieli. A decyzja wobec jednego z najtrudniejszych dylematów młodej mamy pt. „Koniec urlopu macierzyńskiego i co dalej?” nie jest nigdy jedynie słusznym wyborem. Jak ja dokonywałam tego wyboru? Zabawiłam się w sklep. I to tak całkiem na serio.

Kilo argumentów!

Każda mała dziewczynka lubiła się w którymś tam momencie swojego dzieciństwa bawić w sklep. Rozkładałam mój mini tapczanik, z poduszek budowałam ladę i układałam na niej plastelinowe hamburgery, popcorn z waty i maskotkowe warzywa (świeżaki na miarę lat 90-tych!). Myślicie, że to czasy przeszłe i zapomniane? Nic bardziej mylnego. Z zabawą w sklep – tylko tak całkiem na poważnie – styka się absolutnie każda mama, która kończy urlop macierzyński i zadaje sobie mniej lub bardziej zdecydowanie pytanie: czy wracać do pracy po macierzyńskim? Tylko zamiast warzyw z pluszu i hamburgerów z plasteliny na życiową ladę decyzji i trudnych wyborów wkracza… waga. I wiele odważników. I co najmniej kilo argumentów wagi ciężkiej i lżejszej. A często zamiast wagi wjeżdża kartka, długopis i tabelka: plusów i minusów. Czy jak ją już wypełnimy, robi się choć trochę… lżej?

Koniec urlopu macierzyńskiego i co dalej?

Często ci, co decydują się zostawić mamę domu – bo jest to zazwyczaj decyzja całej rodziny – kwitują powyższe pytanie odpowiedzią: „być wygrało z mieć”. A to przecież nie do końca jest prawda. Bo najczęściej jest tak, że być w domu oznacza móc sobie na to pozwolić. A mieć wypłatę i wrócić do pracy wiąże się z musieć wesprzeć utrzymanie domu albo własny rozwój zawodowy. Dlatego zastanawiając się jak rozwiązać kwestię: koniec urlopu macierzyńskiego i co dalej rozbiłam na najważniejsze mieć i być – idące nie w zbiorach rozłącznych, ale dwutorowo. Tak jak z życiu. Przynajmniej moim. Tak jak w moim sklepie, na mojej wadze. Tak jak na mojej kartce plusów i minusów.

Mieć.

Mieć w domu…

– dziecko

Przede wszystkim i jest to argument wagi najcięższej: mam w domu dziecko. Mam go o świcie, w południe i o 14:00, gdy staje się marudne. Mam go, gdy ma dobry humor, gdy płacze o nie wiadomo co, gdy śpi, gdy chce się bawić. Pełna kontrola. A tym samym, odpowiedzialność level hard, jeśli chodzi o jego rozwój i wychowanie. Miło zawdzięczać sobie większość nabytych umiejętności, sztuczek, grypsów, wyrazów i „pokaż, gdzie jest nosek…”. Ale jest też cień tej mocy – wszystkie małe grzeszki macierzyństwa, których się czasem nie da uniknąć spadają na Ciebie. „A dlaczego ssie ciągle smoczek?”, „A dlaczego jeszcze nie mówi?”, „A to budzi się jeszcze w nocy?”, „Czemu oglądało znowu bajki?”, „Biszkopty?! To takie niezdrowe!”. Cóż… jako mama pracująca może bym takie samo oburzenie wysyłała w stronę niani czy pani z przedszkola, jednak punkt widzenia zmienia się z punktem siedzenia. Mama siedząca z dzieckiem w domu ma najwięcej tolerancji… sama do siebie.

 – momenty

Zostając w domu, zakładam w swoim sercu i głowie małe, intymne pudełko wspomnień. Skoro już tata mojej córki nie może uczestniczyć we wszystkich naszych momentach codzienności, ja jestem od tego, by te najważniejsze momenty kodować, odtwarzać, opowiadać, przeżywać i zapisywać w pamięci długotrwałej. Bo nigdy nikt mi nie powtórzy, jak moje dziecko powiedziało kolejne nowe, pierwsze słowo. Jak się zbierało po pierwszych upadkach. Co czuło, gdy się przestraszyło we śnie. Jak doszło do tego, że z piasku i wiaderka wychodzi babka. Jak broniło się przed marchewką, a pochłaniało szpinak. Nie każda mama „czuje” takie chwile i to nie kwestia bycia dobrą lub złą mamą.  To kwestia osobowości. Ja, dusza nadmiernie sentymentalna, czuję totalnie, że nie chcę, by mnie takie momenty omijały.

Mieć w pracy…

– reset

W pracy też można mieć momenty i niekiedy bardzo za nimi tęsknię: momenty zapomnienia. Taki reset głowy od martwienia się, czy dziś obiadek będzie smakował; czy na drzemkę poszło w czystej pieluszce; czy jest wystarczająco ciepło, by wyjść na spacer. Głowa odpoczywa od codziennych spraw brudnych kaftaników i sposobu zdejmowania pampersów typu pants. A wypoczęta głowa, to radośniejsza głowa. Nawet jeśli zagłębiasz się w pracę, której entuzjastą wielkim nie jesteś, wystarczy byś ją lubiła. Wtedy będzie Wam razem przez te kilka godzin dziennie dobrze: ona da Ci wytchnienie, Ty popchniesz do przodu jeden z projektów ważnych z punktu widzenia problemów pierwszego świata Twojego biznesu.

– kasa, misiu, kasa

Praca daje nie tylko wypocząć głowie. Często daje jej także spać spokojnie – daje bezpieczeństwo finansowe. I to jest chyba kluczowy, materialny, najbardziej namacalny argument wielu rodzin. Jeśli okazuje się, że z trudem może Cię być stać na te pampersy pants czy na zwykłe rzepy – po prostu musisz wrócić. I wtedy nawet żadna kartka i bicie się z myślami nie są potrzebne, bo świnka-skarbonka pod postacią konta w banku straszy pustą przestrzenią – gwarantuje nokaut myśli wszelkich, by wybierać się na bezpłatny wychowawczy. Jeśli uznajesz jednak, że z pensji partnera i oszczędności z zaszłości dacie radę się utrzymać (najwyżej nie będzie kokosów) – znowu można rozważyć opcję zostania z maluchem. A można też zawsze wybrać półśrodki – własny biznes w domu lub powrót na niepełen etat (do roku czasu od powrotu z macierzyńskiego, pracodawca nie może nam tego odmówić). Wtedy tylko trzeba przekalkulować, czy wynajem niani lub płatnego żłobka w ogóle nam się opłaca.

Być.

Być w domu…

– w złotej klatce… spokoju

W domu jestem przede wszystkim mamą. A to oznacza, że jestem też praczką, kucharką, sprzątaczką, klaunem, jadłodajnią, animatorem rozrywek wszelkich, przewijaczem, dyspozytorem, zawiadowcą całego Tabayowa ślącą smsy: „kup chleb, bo zapomniałam”, pchaczem wózka z dzieckiem i wózka z zakupami, dresolubem, niewyspanym zombie, zwyczajnie zmęczonym człowiekiem. Jestem kombajnem. A czy w tym wszystkim pamiętam, by być sobą? Mieć czas tylko dla siebie i choć trochę się rozpieścić książką, kawą lub serialem? Zdarza się. Na szczęście. A gdy pojawia się frustracja, że znowu się nie udało uspokaja mnie tylko jedna myśl: przynajmniej nie muszę być pielęgniarką. Bo będąc ze mną w domu, moje dziecko nie choruje jakoś poważnie w porównaniu ze swoimi rówieśnikami ze żłobków. Wiem, odchoruje potem. Ale potem będzie już trochę starsze – może lepiej zniesie. A jak będzie starsze, będzie mi w stanie też powiedzieć, jak było z tą nianią, czy w tym żłobku/przedszkolu. Czy ktoś mu nie dokucza. Czy mu się podoba. I ten argument daje mi… głowę zmęczoną, ale spokojniejszą.

Pojawia się jeszcze czasem obawa: „a kontakt z dziećmi?” – przecież tak lubi z nimi przebywać… „Siedzieć w domu” nie oznacza izolować się – jest mnóstwo form spędzania czasu z innymi dziećmi: od piaskownicy i placów  zabaw po zajęcia zorganizowane w różnych placówkach. Tak, tam też może się zarazić. Ale cóż, ryzyko jest mniejsze, a dziecka nie da się przecież całkowicie… uchronić przed światem.

Być w pracy…

– w biegu na przełaj

Jeśli praca daje nam pieniądze, spełnienie zawodowe i chwile wytchnienia od płaczu i pieluch, daje nam coś jeszcze: dodatkowe kompetencje wielozadaniowości i planowania czasu. Bo nie ma już pobudek około dziewiątej. Są pobudki skoro świt. I rusza machina: ubieranie, śniadanie, szukanie rękawiczek, przedzieranie się przez rękawy płaszczyka, zapinanie w foteliku, wyścig z czasem i korkami, byle w stronę żłobka. Potem ta sama trasa – tylko na odwrót, do domu. Z nianią jest łatwiej, bo najczęściej to ona puka do drzwi. Ale najpierw trzeba ją mądrze wybrać, nie dać się naciągnąć na koszt miliona monet, zaufać i… nie drżeć za każdym razem, gdy dzwoni nasz telefon. Oczywiście, że się da.

Co dalej?

U mnie wygrało być w domu i mieć zmywarkę do rozładowywania na wyłączność 🙂 Być przy tym jak moje dziecko płacze, śmieje się, kicha i chce się przytulić. Mieć chwilową przerwę w życiu zawodowym. Bo czym jest rok w porównaniu z resztą życia, które przede mną? (Mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane w życiu się napracować i dożyć spokojnej, zrzędliwej starości). Czy jest mi lżej z tą decyzją? Różnie bywa.

Mam dni, kiedy żałuję, że nie odpowiadam na super poważne maile w pracy, od których zależy praca innych ludzi. Czasem mam dni, że najchętniej kopnęłabym tę zmywarkę, a córeczkę oddelegowała do dziadków. Są dni, kiedy jestem tak cholernie zmęczona, że wzdycham do wspólnych lunchów i kawki co parę godzin wśród koleżeńskich plotek w pracy. Ale stało się: takie gabaryty odważników zestawiłam ze sobą. Jestem w domu. Gdy małe rączki oplatają mi nogi, szyję i szukają pępka, bo bardzo zostały zafascynowane tym zjawiskiem w ludzkim brzuchu – myślę sobie: gdzie ja bym miała teraz być jak nie tu – w tej piaskownicy, na tej macie, u tych szczebelek tego łóżeczka. Jednak to mój sklep. Każda mama ma swój i różne miary i wagi tej decyzji. Kredyt, znużenie siedzeniem w domu, wyjątkowo niesforny bobas, którego żłobek lub niania lepiej utemperuje itd. I swoją kartkę plusów i minusów oraz wachlarz prywatnych priorytetów. Żadna decyzja nie jest tą idealną. Żaden wynik finalny naszych rozważań nie jest jednoznacznie dobry. Ale taki to już żywot mamy – być jak tragiczny bohater szekspirowski – wybierać mniejsze zło. Być wszystkim i mieć wszystko tak, by naszym dzieciom było najlepiej. I jeszcze przy tym… nie zwariować 😉 Udaje Wam się?