MUM life

Jego wysokość… cyc

03/08/2017

międzynarodowy tydzień karmienia piersią

Chciałabym mieć jeszcze jedno dziecko. Jest to jedna z pierwszych myśli, jakie przyszły mi do głowy na wiadomość, że obchodzimy właśnie Światowy Tydzień Karmienia Piersią.

Skąd ta myśl? Ano stąd, że przed oczami ukazały mi się właśnie pierwsze doby naszego duetu: ja i kilkugodzinny/kilkudniowy maleńki ssak, któremu daliśmy na imię Anielka. Bo nasz mały-wielki marsz na podbój mlecznej krainy nie był usłany czerwonym dywanem, wzdłuż którego stali sami fani. Była to droga pod górkę, pełna wertepów, a po drodze spotykałyśmy oburzone miny wszystko i wszechwiedzących mówiących: „karm”, „jak ty trzymasz to dziecko”, „jak to nie leci?”. A ja? A ja wiedziałam jak wymienić rurkę tracheo, jak karmić przez sondę, ale dopasować wygodnie dzióbek własnego, zdrowego dziecka do bolca własnej pierwsi – nie wiedziałam. Wtedy. Bo nasz podbój, który przez konieczność cesarskiego cięcia nie nastąpił tak od razu, musiał przejść przez etap wykopalisk mlecznej krainy, odpowiednich odwiertów, aż…, aż trysło: życiodajne źródło siarą i mlekiem płynące…

Karmisz?

Wykopaliska były dość logiczne: proszę przystawiać, przystawiać, przystawiaaaać i przysta…. nie przestawać – słyszałam od laktatorek i położnych! Natomiast dodatkowe odwierty okazały się mile zaskakującą mnie nowością praktykowaną w wybranym szpitalu:

Po kilku dniach z dopiero co nieczynnej placówki Milky Resto-Bar, stałam się cóż… całkiem dojną fabryką mleka 🙂 Mleko było wszędzie. W małym brzuszku też. Ale w międzyczasie zahaczyło o prześcieradła, kolejne koszule nocne, nie zmieściło się we wkładce do biustonosza. Jednak nad tym rozlanym mlekiem się nie płakało. To znaczy, ja nie płakałam. Płakał zaś inny członek naszej rodziny – ten najmłodszy, kiedy to się stęsknił za odwiedzinami mlecznej doliny. Ja za to miałam kilka kartek notesu pytań do położnej, z których sama się teraz śmieję.

Dolina nasza się coraz bardziej harmonizowała: mleczne wulkany nieco okrzepły i zamieniły się w ciągle zasilane pędem dobrej diety wodospady. Przestały mnie irytować kąśliwe uwagi, że jem czosnek, kapustę i gluten albo że nie karmię na jasieczku. Irytowało mnie jedno jedyne (co za niedorzeczne) pytanie, które chyba jeszcze bardziej musi boleć dziewczyny, które chcą dawać pierś, a nie mogą: „Karmisz?”. Nie, k****, głodzę.

Karmię wszędzie

Harmonii brakowało jednak w porach karmienia naszego Tabayątka. Skoro mówili, że mam już nie karmić co 3 godziny, a „na żądanie”, nie wiedziałam, że „na żądanie” oznacza co i rusz… Co moje rusz: na zakupy, pod prysznic, do sąsiedniego pokoju. Nie co 3 godziny, a czasem 30 razy na godzinę. I nie jak głosiły książki: przez 20 minut, ale ekspresem: przez minut trzy. Bo po takim czasie mały Dzióbek się od mlekopoju odrywał, sygnalizując, że się najadł. Najadał się nie tylko w domowym zaciszu. Najadał się i ciągle nam się to zdarza, że karmimy się w parku, na miejskim skwerku, w wiejskim szczerym polu, w zaciszu jakiejś knajpki. Tak, obscenicznie świecimy golizną… dekoltu, przykrytego małą główką, rączką i pieluszką. I życzymy sobie, aby ta prześmiewcza mlekoburza mam karmiących w miejscach publicznych już minęła, żeby rozgoniły się ciemne chmury ciskające piorunami oburzeń reszty świata, która prawdopodobnie nigdy nie karmiła. Żeby dzieci mogły jeść w takim samym komforcie jak my dorośli: tylko ci pierwsi talerze mają zlokalizowane po prostu w innym miejscu.

Karmię, bo lubię

Dlaczego lubię? Z tego samego powodu, dla którego lubię z mężem spędzić czasem miły wieczór przy kolacji. Co łączy te dwie sytuacje? Tak: intymność, czas tylko we dwoje, bliskość. Czas się nie zatrzymuje, ale trochę zwalnia, a inne sprawy się mniej liczą. Czysta miłość. Dawanie i branie jednocześnie tego, co najlepsze.

Dlaczego ono lubi? Cyc dobry na wszystko. Kiedy chce się jeść. Kiedy chce się pić. Kiedy chce się przytulić. Kiedy zaginął smoczek. Kiedy zupka była niezbyt smaczna. I jest jeszcze jeden powód, który odkopałam gdzieś kiedyś przypadkiem z otchłani Internetu i nie rzuca on powszechnym banałem: karmienie wzmaga odporność itd. Najpierw sami zobaczcie: TUTAJ! Otóż okazuje się, że skład mleka faktycznie zmienia się w momencie wszelkich infekcyjnych zagrożeń. Jedna z mam opublikowała zdjęcie swojego pokarmu przed i w czasie choroby NIE jej samej, a jej dziecka! Wygląd mleka wyraźnie się różni, a mnie zdumiewa magia naszych organizmów, które potrafi samoistnie wyprodukować naturalną profilaktykę dla dziecka w momencie zagrożenia chorobą. No bo niby skąd cyce mamy i wszelkie gruczoły mlekopędne w nich schowane wiedzą, że ich zupełnie niezależny bytowo ssak jest czy zaczyna być chory? Czy to nie magia? Magia mlekiem płynąca.

Ciągle karmisz?

Nie. Głodzę. Uwielbiam ten tekst! 😛 Tyle samo w nim błyskotliwości, co stanowczości. A matka karmiąca swoją wartość zna, oj zna i lepiej jej durnymi pytaniami i głupkowatymi uśmieszkami za skórę i między cyce nie zachodzić.

Do dziś co najmniej kilka razy w roku słyszę opowiadania mojej mamy, która z niezmienną dumą w głosie powtarza: „Ancię karmiłam do dwóch lat” i… rozkręcają się wspominkowe anegdoty o tym jak to podczas podniesienia w Kościele wołałam: „Mama, cyć!”. Albo wyciągałam cyca spod warstw mamusinych kożuchów zimową porą w kolejce do sklepu rodem z lat 80-tych. Cóż, też chciałabym sobie zapracować na takie wspomnienia.

Do tego, najnowsze badania donoszą, że mleko po roku czasu również jest bogate we wszystkie cenne wartości odżywcze i absolutną nieprawdą jest, że serwujemy dzieciom… cycową wodę. Części składowe mleka się wymieniają, ale pozostają tak samo wartościowe. Jeśli posłużyć się raportem WHO, zalecenia mówią, aby optymalnie karmić do drugiego roku życia. Jest to czas, w którym dziecko najwięcej na karmieniu piersią skorzysta, a mleko ma najwięcej do zaoferowania: szczególnie to nocne, jest bardzo potrzebne do harmonijnego rozwoju mózgu. Wiedza ta pomaga mi trochę łatwiej znieść permanentne niewyspanie 😉

Teraz, powoli mój świat wychodzi ponad dwa wzgórki krainy mlekiem płynącej. Bo mleko przybiera formę stałą z zamrażalnika. Albo coraz częściej jest zastępowane… Zostają nam tylko noce i pora skoro świt. A wieczory? Wieczorami lubię rozbijać się z Tabayowym po krakowskich knajpkach, gdzie on oddaje kelnerowi kartę win z mojego stolika tłumacząc: „żona karmi!”. A ja natomiast przekrzykuję: „Karmi! Raz, dobrze schłodzone, poproszę!” 🙂