LOVE life

Drobnym druczkiem!

12/09/2017

Czy zastanawialiście się, kiedy następuje podpisanie umowy z życiem? Parafeczkę tutaj poproszę! woła wraz z przecięciem pępowiny? A może gdy serwuje pierwsze krople mleka potrzebne do przeżycia kolejnej doby? Czy wtedy, kiedy pojawiamy się z nie wiadomo skąd, nie wiadomo gdzie, przecinając nowo-zastany świat pierwszym krzykiem? Doprawdy, nie wiem. Nigdzie i nigdy nie przypominam sobie, bym podpisywała jakiś cyrograf z życiem. Od lat już zdążyłam się z nim pogodzić. Współpraca zdaje nam obojgu sprzyjać. Zdawać by się mogło, że się lubimy. Do czasu, gdy docieram do punktu pisanego drobnym druczkiem: lato nie będzie trwało wiecznie. Zaraz jesień. I zima. 

Zsyłka do Polski

Mój kontrakt przewiduje obopólne korzyści: ja cieszę się życiem i go doceniam, a ono – mój Kontrahent nie kopie pode mną dołków i generalnie stara się nie podkładać kłód pod nogi. Jednym słowem: mamy sobie nie przeszkadzać. Już przecież wystarczająco utrudnił zadanie zsyłając mnie do Polski – kraju, o którym większość świata nie słyszało; kraju, który lepi najlepsze pierogi; kraju, który kocham mimo wszystko. Ale też kraju, który ma jesień i zimę. Wiem, Australia też ma. Ale nie ma słoty, deszczów, minus pięciu przy dobrych wiatrach i nie ma śniegów po pachy. Da się? Można? Da się i można.

Drobnym druczkiem

Pójdę złożyć reklamację. To wszystko było drobnym druczkiem. To się nie liczy. Nikt mnie nie uprzedził, nie pokazał palcem, nie podsunął okularów. Toż to wbrew prawu wszelkiemu. Życiowemu także!

Zwyczajnie nie godzę się na włączanie światła w mieszkaniu po godzinie 16-stej.

Nie akceptuję walki na śmierć i życie o wyściubienie nosa spod ciepłej kołdry skoro świt i w międzyczasie kilka razy w nocy na zawołanie: „Mama, cyca!”.

Nie akceptuję wciskania przez niewspółpracujące nóżki i rączki kombinezonu.

Nie chcę zatrudniać się jako Sherlock i szukać, gubić, a potem znowu szukać rękawiczek – tych małych i tych dużych.

Nie godzę się na picie ciepłej herbaty zamiast lemoniady z lodem.

Nie godzę się na przyśpieszone powroty z wycieczek „póki widno”.

Nie akceptuję kłótni-monologów z moim dzieckiem na temat konieczności ubierania czapki. I butów.

Nie piszę się na odkręcanie słoików z przetworami, zamiast sypnięcia garścią świeżych owoców.

Nie przystaję na godzinne mędrkowanie przed każdym wyjściem: „czy na pewno nie zmarznie”.

Nie zgadzam się na zamknięcie w złotej klatce, gdy inni zamykając siebie w ciepłych domach, zamkną w swoich piecach śmieci i opony.

Nie godzę się na wybrakowane zapasy białych Magnum w osiedlowych sklepach.

Nie akceptuję wyniesienia na strych naszego grilla, ratanowej sofy i sadzonek pergoli.

Nie chcę zamykać w pudłach uroczego kostiumu kąpielowego z kaczuszką w rozmiarze 74 i… nigdy więcej go już nie zobaczyć.

Tak wiem, nieznajomość prawa nie zwalnia z odpowiedzialności. No to życie, masz pełne prawo za to malkontenctwo stanowiące swoiste wyłamanie się z naszej umowy zasunąć mi porządnego kopniaka. Najlepiej takiego jak stąd… do Australii.

A jeśli nie masz siły, bo nie ja jedna przecież wnoszę takie skargi, to dla świętego spokoju, zafunduj proszę nam – Mamom – odszkodowanie zbiorowe: ciepły kocyk, porządnego grzańca podanego męskimi rękoma i zabawkę-cud dla naszych dzieci, która zastąpi… dłuugie spacery, basenik i piaskownicę!

to juz jesien

to-juz-jesien

to już jesień