LOVE life

Dramat pod Nanga Parbat: to wszystko z moich podatków?

30/01/2018

dramat pod Nanga Parbat

Mała wioska w górach. W Polsce. Kłótnia rodzinna. Ona coś krzyczy nie po jego myśli. On po pijanemu i w odwecie odcina sobie penisa. Siekierą.

Dramat w góralskiej wiosce

Ona zachowuje przytomność umysłu: chowa odciętą część do lodówki i wzywają pomoc. Ani Zakopane, ani Kraków nie podejmują się tak mikrochirurgicznego zabiegu. Jedyny ratunek jest tylko w Białymstoku. O tym, że helikopter TOPR-u lata nocą dowiadują się za późno. Na ten z Warszawy trzeba czekać 2,5 godziny. Kolejne trzy kwadranse zajmuje zapakowanie górala do śmigłowca. Lecą do Białegostoku. Ale nie dolatują, bo z powodu silnej mgły pilot ląduje w okolicach Ostrowi Mazowieckiej. Stamtąd górala miała zabrać karetka. Nie zabrała, bo się popsuła. Kolejna jechała aż z Białegostoku . Dowiozła go do szpitala około 2 w nocy, akurat mijała ósma godzina od wezwania LPR-u, które ma gwarantować w Polsce najszybszy transport. Niestety, na zabieg było już za późno. To była walka o życie… seksualne. Ważne życie. „I to wszystko z moich podatków” – nie krzyczał nikt. Po cichu niektórzy uśmiechnęli się pod nosem na myśl własnej pełnosprawności miłosnych harców. Ta historia wydarzyła się naprawdę.

Dramat pod Nanga Parbat

Jedna z najniebezpieczniejszych gór świata. Ponad osiem tysięcy metrów. Pasmo Himalajów gdzieś w Pakistanie. Tomek i Elisabeth. I ich tragiczna decyzja w każdym z możliwych dwóch wyborów: zostać, czy się rozdzielić? Ona schodzi. On zostaje. Oboje nie wiedzą, czy spotka ich… życie, czy śmierć. Odmrożone dłonie i stopy. Choroba wysokościowa. Załamanie pogody. I ten malutki człowieczy okruch w przestrzeni wszechmocnej, zimowej natury. Idzie pomoc. Bielecki i Urubko. Zostawiają w tyle swoje marzenie o nazwie K2, by ratować przyjaciół: ludzi gór. Akcja idzie sprawnie. Tak sprawnie, że w nadludzko szybkim tempie, w nieludzkich warunkach nocy i temperatury minus 60 pokonują ścianę lodu. Akcja się udaje. Jedno życie zostaje uratowane. Według skali gór: najważniejsze, bo najbardziej pewne życie. Kolejne życie staje się do końca wszystkich żyć: niepewną pewnością, że tam, u szczytu góry jest tylko wieczny odpoczynek. A między nimi: znów ta sama stumetrowa ściana skały i lodu. Kolejnym razem to ona może zwyciężyć. Nawet największych herosów. Ta historia wydarzyła się naprawdę.
Mikromilionową skalę takiej ściany oglądamy w kostce lodu pływającej w naszym rumie z kolą, który popijamy, by rozgrzać nasze miejskie minus 5 za oknem. „I to wszystko za moje podatki” – krzyczy… zbyt wielu. Zbyt głośno. Wciśnięci tyłkami w kanapy, a zębami w czipsy: oceniamy „po co się pchają?”, „po co ryzykują?”. My ryzykujemy tylko zbyt długie siedzenie przed telewizorem. I przeżywamy często nic więcej niż niedzielny rosół. A schodząc z Morskiego Oka wzywamy… TOPR.

Dramat malutkiego, głupiutkiego świata

A czemu inni ludzie – himalaiści, alpiniści „się pchają”? Czemu ryzykują? Bo to ich wybór. Ich i ich rodzin. I nawet jeśli nie do końca jestem w stanie sobie to wyobrazić – nie oceniam. A podziwiam. I jestem wdzięczna. Za co? Że dzięki takim ludziom jak oni, wiem, że człowiek to brzmi naprawdę dumnie. Że niemożliwe nie istnieje. Że prawie każde granice da się przekroczyć. Że nie muszę mieszkać w szałasie i jeść liści. Że Kolumb odkrył Amerykę. Że Kopernik poruszył słońce. Że Tomek Czapkins Mackiewicz i Elisabeth Revol zdobyli Nanga Parbat. Że Olek Ostrowskipokonywał Gaszerbrum II na nartach. Że Adam Bielecki i Denis Urubko FANS wejdą na K2. Że świat… to za mało.

Post scriptum

Jeśli kogoś uraziło porównanie opowieści z góralskiej wioski do himalajskiej rzeczywistości – przepraszam. Ale w obliczu okrutnej retoryki hejtu i niezrozumienia wobec himalaistów to jedyne porównanie jakie mi przyszło do głowy. I nie chce wyjść.

#świecie_jesteś_wielki #a_czasem_taki_głupiutki